(*Kursywa to
wspomnienia )
Życie
na każdym kroku nas zaskakuję. Harry Styles przekonał się osobiście o tym, gdy
do jego mieszkania weszła siedmioletnia Darcy. Nie spodziewał się jej,
zaskoczyła go. Dwudziestotrzylatek przygląda się jej badawczo, w czasie gdy ona
swoim wzrokiem wodzi po nowoczesnym mieszkaniu, urządzonym w sposób
minimalistyczny.
- Jestem głodna- odzywa się dziecięcym głosem dziewczyna i
świdruje swoimi, mocno kakaowymi tęczówkami Harry’ego. Bruneta te oczy
hipnotyzują. Stoi w miejscu, wręcz nieruchomo i wpatruje się w oczy dziecka, w
których co chwile tańczą radosne ogniki.
- Ymmm… co mówiłaś?-pyta zdezorientowany szatyn, odrywając
swój wzrok od niesamowitego ocienia mlecznej czekolady.
- Zrobisz mi coś do jedzenia?- Darcy niecierpliwi się.
Brunet, choć zaskoczony śmiałością brunetki, kieruje swoje kroki w stronę
kuchni. Z szafki wyciąga ciastka czekoladowe i stawia na stoliku.
- Ciastka? Czekolada w dużych ilościach jest niezdrowa-
podśmiewa się pod nosem Darc, a na jej widok Hazza mimowolnie podnosi kąciki
swoich ust.
- No dobra- chłopak łapie się nerwowo za kark- to na co masz
ochotę, Darcy? Mam batoniki, żelki, chipsy… Co tu jeszcze jest?- przegląda
zawartość swoich szafek.
- Masz płatki?- zapytuje dziecko, podnosząc badawczo prawą
brew w górę.
- Myślę, że coś się znajdzie- mruga do niej i wsypuję do
miseczki płatki zbożowe, zalewa je mlekiem i z łyżką w miseczce, stawia przed
uroczą brunetką.- Smacznego!- uśmiecha się przyjaźnie, siadając naprzeciw dziewczynki.
W jego głowie krążą miliony pytań, na które tak bardzo chciałby znaleźć
odpowiedź. Na przykład co to dziecko robi w jego mieszkaniu o tej porze? Może
jest dopiero około 5p.m., ale to nie pora na podróże dla małego dziecka.
Niektórzy rodzice zdecydowanie nie powinni zostawać rodzicami- prycha w myślach
Harry. Z letargu wyrywa go dźwięk talerza, odbijającego się o dno zlewu. To Darcy
wkłada puste naczynie, a następnie ponownie siada naprzeciw zmęczonego od
wrażeń dzisiejszego dnia Hazzy.
- Rodzice wiedzą gdzie jesteś?- pyta Styles troskliwie, z
czułością spoglądając w jej stronę.
Takie sytuacje
jak ta pokazują, że nie jest z nim jeszcze tak źle. Że wbrew tym wszystkim
negatywnym artykułom w prasie na jego temat posiada jeszcze uczucia. Oczywiście
każdy posiada uczucia, ale nie każdy je pokazuje. Niektórzy ludzie uważają, że
gdy pokazujesz uczucia innym, nie chowasz ich, jesteś słaby. Prawda jest
zupełnie inna. Słabi ludzie nie chcąc się rozczarować, nie mając zamiaru, aby
ktoś poznał ich słaby punkt, wolą ukrywać swoje wszystkie emocje w środku. No
dobrze, ale co potem? Potem czekają tylko na sytuację, w której nie będą umieli
się kontrolować i wybuchną. BUM! Wszystko to co próbowali zachować dla siebie,
wyleci z podwójną siła i spowoduję straty.
- Tak.- odpowiada bez namysłu dziewczynka w brązowych
loczkach.- Mam wysłała mnie na miesiąc do taty.
- A tato nie będzie się o ciebie martwił?- znów zadaje
pytanie Harry, starając się przyjąć obojętny wyraz twarzy.
- Jestem u taty- wymrukuje cicho Darc, spuszczając przy tym
małą główkę w dół i pozwalając, by brązowe loczki zakryły jej smutną
twarzyczkę- ty jesteś moim tatą- mówi trochę głośniej. Bardzo boi się reakcji
Harry’ego. Przecież to normalne, przyjechać do obcego miasta, do obcego
apartamentu, do obcego człowieka i powiedzieć mu wprost: jesteś moim tatą. Nie,
to wcale nie jest ani normalne, ani łatwe. Dziewczynka przełyka głośno ślinę i
stara się oddychać równomiernie, by uspokoić chociaż odrobinę bicie swojego,
małego serduszka. Podnosi z powrotem wzrok i napotyka zdziwione spojrzenie
Stylesa, który tępo się w nią wpatruję z rozdziawionymi ustami.
- Ja nie mam córki.- wybucha głośnym śmiechem, który roznosi
się echem po kuchni, przy okazji trafiając w uszy Darc i raniąc jej i tak już
serce w nienajlepszej kondycji. – nie, ja nie mam córki- znów powtarza te
słowa, jakby chcąc samemu się przekonać.
Spodziewał się
wszystkiego, dosłownie. Przypuszczał, że dziecko uciekło z domu, że się zgubiło.
Wszystko, tylko nie to. Znów śmieje się, tym razem nerwowo. Darcy przewidziała,
że taka sytuacja może mieć miejsce, więc podchodzi do swojej różowej walizeczki
i wyciągna z niej teczkę. Wzdycha głośno, wypuszczając ze świstem powietrze z
ust. Wędruje do kuchni i podaje ją Harry’emu, który dumie oparty o blat.
- Tu jest wszystko, co chciałbyś wiedzieć- podaje białą
teczkę lokersowi, omijając jego wzorku. Chłopak bierze ją do ręki, ale nie
otwierał. Stoi nadal zamyślony, czując się jakby wokół chmur. On sam, wokoło
jedynie białe kłęby. Nic poza tym. Zagryza policzki o środka i w końcu decyduje
się zajrzeć do wnętrza. Ma ogromną nadzieje, że przeczyta o zwykłej pomyłce, a
w przyszłości będzie się z tej sytuacji śmiał. Jak to zwykle w życiu bywa, nie
jest tak jak chcemy. Chłopak ponownie analizuje znaczenie czytanego tekstu. I
znów, i znów. Najbardziej zaskakują go trzy słowa:
Matka: Joy O’Donnel
Jego duża Joy. Zgadza się, duża. Nie zważając na obecność
Darcy obok, przenosi się wspomnieniami do tamtego czasu. On, ona i Holmes
Chapel.
Niespełna szesnastolatek z burzą loków
na głowie w obecności niezwykle urodziwej brunetki leży na kocu, rozłożonym na
wysokim wzgórzu. Ciepłe promienie słoneczne ogrzewają ich twarze. Razem
obserwują rozpościerającą się panoramę małego miasteczka, którego oboje kochają
całym sercem. A skoro mowa o miłości… Harry łapie delikatnie Joy za rękę, na co
ona jakby automatycznie ją wyrywa i posyła mu przepraszające spojrzenie.
Doskonale wie, co lokers do niej czuje i czuje się wręcz zaszczycona, że to
właśnie ją- z tak wielu dziewczyn z jego otoczenie, a jest ich naprawdę
mnóstwo- obdarowuje tym uczuciem. Ale przecież to tylko zauroczenie, prawda.
Myśli, że prędzej czy później mu to przejdzie. Ma taką nadzieje.
-
Przypominam ci, że jesteś moim najważniejszym gościem na jutrzejszej imprezie.
Będziesz?- pyta po raz tysięczny już Hazza, chcąc to usłyszeć jeszcze raz z ust
panny O’Donnel.
-Oczywiście,
że będę- śmieje się serdecznie i czochra chłopaka po włosach, powodując na nich
jeszcze większy nieład.- W końcu nie codziennie mój mały Harold kończy szesnaście
lat- udaje, ze ociera łezkę wzruszenia. Styles widząc to uśmiecha się tak
szeroko, że zazwyczaj i tak dobrze już widoczne wgłębienia w polikach,
powiększają się. Ah, te urocze dołeczki, które Joy tak uwielbiała. Zresztą wszystko
w nim uwielbiała. Jego charakter, poczucie humoru, usposobienie. To że zawsze
był, gdy go potrzebowała. Śmiało może przyznać, że ma najwspanialszego
przyjaciela na świecie! Mimo, że jest po między nimi rok różnicy, to dogadują wspaniale,
wręcz rozumieją się bez słów.
Joy, jak na siedemnastolatkę przystało,
zachowuje się jak dziecko. Ściąga z głowy Harry’ego kapelusz i ucieka z nim jak
najszybciej. Brunet momentalnie podnosi się z miejsca i biegnie za nią. Wiatr
rozwiewa ich włosy we wszystkie strony świata, a ich melodyjne śmiechy roznoszą
się echem po okolicy. Styles przyśpiesza kroku i znajduję się tuż za panną O’Donnel.
Łapie ją w tali i jedną rękę przerzuca przez bark. Brązowooka wydobywa z siebie
pisk zaskoczenia, który miesza się z ich radosnym śmiechem. Muszą zacząć
przygotowania do imprezy urodzinowej Hazzy. Sami jeszcze nie wiedzą, że to co
się na niej wydarzy, wywróci ich życie do góry nogami.
Harry
z uśmiechem na ustach spogląda na Darcy, która nerwowo bawi się palcami u
swoich malutkich rączek. Ogólnie to cała jest malutka, drobna. Chłopakowi
wydaję się, że każde źle wypowiedziane słowo, może ją głęboko zranić. Dziecko
podnosi główkę i jej wzrok krzyżuję się ze wzorkiem zielonookiego. Te oczy. Te
cudowne, czekoladowe oczy, które Styles tak uwielbiał. Oczy Joy O’Donnel.
*******************************************************
Już drugi rozdział, jeeeej ;D Nie mogę sie wręcz doczekać waszych opinii na jego temat.
Wielkie dzięki za komentarze pod poprzednim rozdziałem i tyle wyświetleń: ponad 2000! Po prostu jedno wielkie WOW!
Wspominałam już, jak bardzo was kocham? aaaaa ;*
CZYTAJCIE, KOMENTUJCIE, POLECAJCIE ;)